Piątkowy wieczór to idealna pora na mały horror prawda?:) W
związku z tym Oleśka po raz trzeci nadciąga z kobietą w masce.
Tym razem na tapecie GlossyBoxowa Maseczka Mooya, a w zasadzie duet do modelowania owalu
twarzy czyli maseczka i serum na twarz i dekolt.
Lubię te papierowe maseczki nasączane w płynie, więc i tą
się nie rozczarowałam. Zaskoczyła mnie jednak jej wielkość. Bo oprócz standardowej
części, która umieszczamy na twarzy ten produkt ma jeszcze długaśny ogon, który
powinien się znaleźć na naszej szyi i dekolcie. To niestety/stety zmusza nas do
relaksu z tą maseczką w pozycji horyzontalnej, bo w przeciwnym wypadku będzie się
nam zsuwała z twarzy.
Z działania jestem niezmiernie zadowolona – skóra była odprężona,
przyjemna w dotyku. Płyn, którym nasączona jest maska dodatkowo pięknie pachnie.
Po użyciu maseczki tradycyjnie pozostały po jej zdjęciu płyn
należy wklepać a następnie można przejść do drugiego kroku czyli serum. Ja tym
razem jednak postanowiłam trochę przeciwstawić
się instrukcji i serum użyłam dopiero po kilku dniach na oczyszczoną skórę wieczorem. Nałożyłam go jak maseczkę i
pozostawiłam do wchłonięcia. Serum niesamowicie przyjemnie pachnie. Ma
przyjemną pół-lekką konsystencje i daje
skórze solidną dawkę dobrej energii. Porcja jest na tyle duża, że starczy na
kilka aplikacji, co uważam za dużą zaletę, bo samej maseczki możemy niestety użyć
tylko raz.
Jeśli chodzi o cenę i dostępność to bez problemu możecie ją dostać na kosmetykomania.pl (trwa promocja i kosztuje ona tam 15,99 zł, co jest kwotą dość dużą jak za jednorazową maseczkę- dobrze, że serum jest wielorazowe) na beautyface.pl też można dostać maseczki Mooya ale nie manie promocji i kosztują ok. 19. Zł a do tego nie ma akurat tej, która ja znalazłam w swoim GlossyBoxie
Na koniec tradycyjnie ja w wersji Pani Hannibal:D